wtorek, 28 lipca 2009

poniedziałek, 22 czerwca 2009

nieprzyzwoitość nieba lękotwórcze obietnice sucze chcice



zdzieram 

sobie 
do 

k r w i 

ramiona 
ciągłym 
oglądaniem 
się 

d o  t y ł u

rozbiera mnie ze wszystkich warstw warstewek, które nosić jestem zmuszona: z lęku z obaw ze wstydu z niepewności z kompleksów z ulotności. jako jedyny dociera do miejsca, gdzie jestem całkiem n a g a .



oddam ci całe moje życie, tylko nic mi nie obiecuj, nie.
i nie spełniaj moich marzen, bo to zbyt zobowiązujące.
to wszystko jest bardzo niebezpieczne.


wszystkie obietnice są lękotworcze, jak rakotwórcze papierosy.




mimo wszystko zdaje mi się, że zyję. względny błogostan.


czwartek, 28 maja 2009

najlepszą femme fatale mam w objęciach


w momencie

gdy wypalę kolejną papierosem dziurę
by ozdobić swoje ciało 
bliznami
na podobieństwo

a moja spódnica
bielizna
pościel
zabarwi się na czerwono
to będzie znaczyło

że przynależę bardziej do śmierci niżeli do życia

du sza  u szła
du sza pu szcza
się to kurwa
du sza szcza
pu szcza 
u szła

z m a r t w y c h p o w s t a n i e












więcej
nie nastąpi.

poniedziałek, 4 maja 2009

do utraty tchu


nie ma już odwrotu od myśli mej w nagłym trybie łaknę cię pragnę cię budzę się i kradnę i kradnę cię wydam dekret pożądania uwłaszczę cię i uchylę wole twą wole twą wolę twoją wrogą wydam nakaz pocałunków całowania moich ust nakazuję kochaj mnie miłuj mnie tak jak tego pragnę jak tego chcę

'twój zapach chce twój zapach chce bym objął cię leciutkow talii'
zapachy nie do zmycia tak jak tatuaże










------------------------------
zwijam sie w klebek niczym kot i odliczam dni godziny az bede zamknieta w twoich dloniach. byle by do. byle by.



mala 
ty jestes jak chrystus
umierasz z milosci.

wtorek, 14 kwietnia 2009

stojac w kolejce


mały, jesteś cudowny. a ja sobie znowu za dużo wyobrażam. zarzucam ci nogi na szyję, naciskam na krocze nibyprzypadkowo, połykam twoje usta. moje wyzwolenie jest bardziej wyuzdaniem. nawet nie masz co się starać, jestem taka łatwa. ale pewnie zdajesz sobie sprawe, ze – jak to spiewa violetta znowu, tym razem z kazikiem – kochaj mnie a będę twoją.

ale ale ale ale, czuje się tak cudownie, tu jestem w niebie. tu, przy tobie. czuje całą moją kobiecość, całe damskie człowieczeństwo. a każda część mojego ciała pachnie tobą, sam wiesz, ze zapachy nie do zmycia, tak jak tatuaże. nie chce tego zapachu utracic, przynajmniej do naszego kolejnego spotkania, bo będę czula się taka pusta, wyposzczona. mimo, że tak bardzo nie chce się angażować, przeciez to dopiero początek, a nie było nawet zielonego światła, avanti avanti. byłam ja, która nie chciała dłużej czekać, ze swoją chemią i pragnieniem. nawet nie musiałeś się męczyć, a przecież o to w tym wszystkim chodzi. nieprawdaż? podana jak na tacy. w porcelanowej filiżance. parowałam z pragnienia. teraz mój wstyd każe odwrócić wzrok i milczeć, odezwij się. miliony słońc między nami i moja śmierć. tak bardzo chciałam. tak bardzo chciałam, żebyś chciał. czuję jak jakaś paranoiczka wchodzi mi do głowy, pod kołdrę. szaleję z tego wstydu i boje się jutra.

chodź do mnie, bądź. chcę ciebie, szukam. nieosiągalność względem twojej namacalnej bliskości wydaje mi się absurdem. nie, nie mogę, nie ma mnie, nie będzie, może następnym razem. planuję, przymierzam. zgaszone spojrzenie, dreszcze, obdrapane paznokcie. pogryzione palce. światła nocy, tramwaj, tamte gesty, tamte uśmiechy. tak bardzo przeklinam cie za to. i za to, ze czekam na twój dotyk jak narkotyk. nie wiesz czy się uda, wiesz, że się nie uda, tak bardzo chciałaś, znowu i jeszcze raz. pytanie tylko czy chcę, bądź inaczej- czego chcę. i czy ty mnie chcesz tak naprawdę czy tylko tak po drodze i przypadkiem. z każdym oddechem robi się coraz bardziej nieprzyzwoicie i ja trochę tonę i trochę ten dym wpada mi do oczu, trochę zaciskam oczy, nie otwieram, nie patrze, nie widzę, dym. dym, czuję, że sobie nie radzę, widzę, przecież. chciałabym móc to, co mi przeszkadza upychac gdzieś pod dywanem i udawac, że nic o tym nie wiem. tłumaczyc sobie i tobie, że to nic takiego i że nie musimy się bać, że nic się nie stanie. wierzyc w każde swoje i twoje słowo. dawac radę. byloby bajecznie.

i te wyrzuty sumienia, tak ogromne jak jaszczury w moim śnie. tak okrutne jak czerwona królowa. tak przerażające jak zdeformowane twarze. w tak dużych ilościach jak nietoperze. tak obleśne jak szlam. i to ja jestem alicją wychodzącą tylnymi drzwiami. wszystko nie tak. muzyka, które ma pomóc, nikt, komu można by powiedzieć, wykrzyczeć, wyplakać, wszystko, wszystko, żebys wreszcie była pusta, pusta z tego wszystko, wolna, tak, jak chcesz. 

czy nie woła we mnie głos istoty zdanej na samą siebie, zatracającej się, spadającej niepowstrzymanie w przepaść, istoty, która daremnie czyni wysiłki, aby wydźwignąć się z głębi, i woła: "boże mój, boże, czemuś mnie opuścił?" i zostane sama, teraz na pewno pójde na dno. i nikt już nie będzie chciał mnie uratowac. i zostanę sama-sama-sama. 

niedziela, 12 kwietnia 2009

notoryczna narzeczona


marzec, byl to marzec. opoznione aktualnosci juz nieaktualne.

ciała splecione na trawniku, pod prysznicem, w dusznym pokoju. oddechy zawieszone w przestrzeni kosmicznej, pośród pary wodnej, wysoko pod pożółkłym sufitem. sączyly się powoli, by delektować się smakiem swoim, każdym łykiem. wdychały aromat, jakby bez niego miały się udusić. i kiedy tak my lezymy calkiem nagie wtulone w siebie, to wylapuję z powietrza strach niepewnosc globus. zdajemy sobie sprawe, ze niektórych uczucia sfermentowały, wyparowały i ja wiem, ze boimy sie tego z taka samą intensywnością. i chcę powiedzieć nie bój się, to nie może przeminąć, ale mam nadzieje, że ona powie to pierwsza.


nawet nie wiesz, jak mi bylo wtedy spokojnie i bezpiecznie. nawet nie wiesz, ze chyba od dawna nie bylam tak szczesliwa i spokojna. spłynęło na mnie błogosławieństwo wraz z twoim pojawieniem się w moim zyciu, wraz z twoim powrotem. ustabilizowałaś mnie.

mimo to strach nadal biega boso po moim domu, bo – jak to violetta spiewa – kiedy ciebie nie ma każda noc jest zła. niebezpieczne wibracje, wybuchy wulkanów, powodzie, huragany i trzęsienia ziemi. dodatkowo czuje sie taka niebezpiecznie uzalezniona, ubezwłasnowolniona mimo niezliczonej ilosci wolnosci i niezaleznosci, ktora mi podarowalas, na ktora sie zgodzilas. topię się myślach, budzę się z wypiekami na twarzy. i ciągle tamten sen, czerwona królowa nakrywa do stołu, obok różowe flamingi spacerują na jednej nodze. dookoła zdeformowane twarze, dużo jaszczurów, nietoperzy i jeszcze więcej szlamu na podłodze. alicja wyszła tylnymi drzwiami.

 *

chodź do mnie. chcę ciebie.  c i e b i e  szukam. nie mogę już spać spokojnie. teraz schudnę dziesięć kilo, poproszę cię o rękę, a moje dłonie będą trząść się z większą intensywnością

jakieś zaburzenia, ciągły pms, rozdrażnienie, jakas euforyczna depresja. teraz mam ochote zadac sobie samej te wszystkie niebezpieczne i powazne pytania, na ktore chyba nie chce otrzymac odpowiedzi całkiem szczerej. bo znowu za duzo sobie wyobrazam.


a tak naprawdę, to jest mi dobrze, wręcz wybitniekurwadobrze, po prostu wkurzam się troche, no

niedziela, 15 marca 2009

katastrofizm


paradoksalne zestawienie słów i znaczen zeszłej nocy. spotegowana bezradność złość niepewność i uczucie którego nie jestem w stanie zrozumiec, ktore jest za duze i za wzniosle dla takiego malutkiego-maluczkiego człowieczka.. właściwie, to nawet nie wiem czego teraz oczekuję. bo wczoraj była melancholia, zabawy językowe, m e l a n c h u j n i a. nie było zadnych papierosow i były glupie uwagi. a dzisiaj już sa trzy dlugie i cienkie papierosy, w dodatku od naczelnej komentatorki mojego bytu-nie-bytu. z popiołu powstałaś, w popiol się obrocisz, prawie teogonia orficka.

właściwie, to jest ci nawet głupio, bo nie wiesz czy ona tu dotarla, czy ona się może wlasnie przejmuje twoja wczorajsza r o z h o w o r a, która słownikowo okazuje się być dialogiem. ale chociaz w koncu poprawnie ja wymawiasz (myslisz, ze by uwierzyla w ta przemiane jezykowa?) umieszczasz wszedzie odnośniki do swoich cierpiętniczych wyznan, bo w koncu tylko ty masz prawo cierpiec plakac drzec wlosy z glowy publicznie. inni sa po prostu smieszni i zalosni na pokaz, hipokrytko.


i nadal wspominam te wieczory górskie. symbole przeszłości walecznej i salonowej w teraźniejszości utworzone przez matke nature. i spadającą gwiazdę, kiedy to nie zdążyłam pomyśleć zyczenia. a może zrobiłam to zbyt podświadomie żeby zdawac sobie z tego sprawe. wyszukuje aromatu tych spacerow, jakbym bez niego miala się udusic. uczylam się ciebie wtedy na pamiec, by cie nie stracic i nie zapomniec – a sama wiesz, jaka ja mam slaba pamiec. i chyba nigdy nie bylam tak szczera jak wtedy, tak prawdziwa. a ty tak niesamowicie piekna, tak okrutnie nie-moja.

wiesz, że nienawidzę gdy ludzie ciągle się nad sobą użalają. kiedy w swej prostocie się nad sobą użalają. a ja to właśnie wiecznie robię. uprawiam tę czy tam tą sztukę i dochodzę powoli do doskonałości peryklejskiej. stwierdzam, calkiem prawdziwie, ze przerasta mnie wszystko, ze nie sprostam niczemu. i wtedy, w bardziej lub mniej dokladne wczoraj, dlugo szeptałam slowo d l a c z e g o. i poszlam do łazienki, gdzie nie wiem co właściwie chciałam zrobić. może umrzeć, może udusić się łzami, może w koncu spróbować wszystko zrozumieć. az wreszcie poszłam spać. chyba znowu spalam snem mieszczucha, bo na sen ducha w zadnym calu centymetrze stopie nie zasluguje. ale kiedy się obudziłam to tonęłam w swoich łzach. ach, łzy nie były jeszcze nigdy tak gorące, jak wrzątek. chyba snilo mi sie poszłam na dno i ze mnie tam zostawiłaś.